tęsknię za byciem w ciąży

Ciąża nie była dla mnie wymarzonym stanem, pierwszy trymestr w całości przespałam, a rwa kulszowa skutecznie uprzykrzała mi życie. W drugim trymestrze zrozumiałam co to jest prawdziwa zadyszka, rwa kulszowa nie odpuszczała, a wręcz nasiliła swoje objawy, a do tego jeszcze ta zgaga… Zdecydowanie nie mogę podpisać się pod tym, że wtedy ma się więcej energii, albo po prostu ja jej nie miałam. A trzeci trymestr? Czasami miałam wrażenie, że mój organizm nie nadążał, mieszkam na pierwszym piętrze, a wejście po schodach zajmowało mi kilka minut, z przerwami na odpoczynek. Spacer stał się znienawidzoną aktywnością, reasumując było tak sobie :)

Ale, ale… jest kilka aspektów, za którymi tęsknię, które miło wspominam, aż łezka się kręci, że te chwile minęły, a ja mogę sobie o nich tylko pomarzyć. Teraz mam jedenastomiesięcznego synka, który dostarcza mi zupełnie innych przyjemności. Ciągnie mnie za włosy, szczypie, gryzie, krzyczy do ucha… no coś pięknego.

Ten post nie będzie o budowaniu więzi z dzieckiem, będzie o sprawach bardzo przyziemnych, dzisiaj do głosu dochodzi mój wewnętrzny leniuszek, któremu tęskno do tamtych czasów.

Spanie

Zawsze uważałam, że mój związek z łóżkiem jest wyjątkowy. Kocham swoją kołderkę i podusię, zwłaszcza nad ranem. Na drzemki szkoda mi było czasu, nie licząc tych porannych, budzikowych, tych miałam nieskończoną ilość. Jednak w ciąży zasypiałam w każdej wolnej chwili, po śniadaniu, przed pracą, po pracy, w trakcie pracy, przed wyjściem z psem, po wyjściu z psem, przed zakupami, po zakupach. No nie było takiej sytuacji, która by mnie powstrzymała, nawet w odwiedzinach u rodzinki zdarzyło mi się przysnąć. I nigdy bym nie przypuszczała, że mogę za tym tęsknić. Tak po prostu, pierdolnąć sobie drzemkę o 16! Albo o 13! Kiedy tak wyglądam za okno i widzę tę listopadową pogodę, choć mamy kwiecień, to tęsknię za spaniem jeszcze bardziej. A kiedy patrzę na tego małego szkraba, który wyjątkowo leci z drugą drzemką, to marzę o takiej formie regeneracji jeszcze bardziej. Tak, zaraz jakaś ciocia dobra rada powie mi to śpij, kiedy dziecko śpi – zamilcz.

Czas

Na jedzenie, dla siebie, na spotkania ze znajomymi, na pracę. Nigdzie się nie spieszyłam, czas płynął inaczej, nie wolniej, tylko spokojniej. A ja narzekałam na jego brak, bo chciałam ze wszystkim zdążyć przed porodem, życia wtedy nie znałam. Teraz rozciągam dobę do maksimum możliwości, chyba bardziej się już nie da i tak sobie tęskno wspominam to ciążowe trwonienie czasu.

Robiłam tak bardzo nic

Nie musiałam malować ścian przygotowując pokoik dla dziecka, ani skręcać mebli, ani nosić zakupów, nawet sznurówki wiązał mi mąż. A w pierwszym trymestrze robił mi przed pracą śniadanie, bo wejście do kuchni potęgowało u mnie mdłości. Najpierw czułam się dziwnie, ale szybciutko się do tego przyzwyczaiłam i korzystałam z tego przywileju. W trzecim trymestrze bardzo szybko się męczyłam, nawet pokrojenie pomidora to było wyzwanie i po wykonaniu każdej takiej szalonej rzeczy musiałam na chwilę przysiąść i odpocząć. Więc kiedy już tak sobie zsumuję to moje odpoczywanie po tych wszystkich wyczerpujących czynnościach, to jednak wychodzi, że to było moje główne zajęcie w ciągu dnia. I kiedy mam dużo rzeczy – domowych – do ogarnięcia to sobie wspominam to leżenie na kanapie.

Wszyscy byli tacy mili

Mąż nawet chciał wynająć dźwig, który wciągałby mnie do mieszkanie i nie musiałabym wchodzić po schodach. Każdy widząc brzuch od razu się uśmiechał, parzono mi herbatki, kawki, stawiano ZAWSZE przede mną paterę z ciastem choć ja i tak wolałam ogórki i oliwki. Koleżanka wpadła na kawkę z siatką jabłek dla ciężarnej, inna z kolei przed wyjściem zaczynała sprzątać ze stołu, na mój sprzeciw reagowała “bo mi ciebie szkoda, masz taki wielki brzuch” :D Mama przyjeżdżała z pierogami, czekoladkami, owocami, teściowa dbała o to, abym zawsze miała słoik ogórków w domu, mąż dowoził truskawki. A na każdą próbę zrobienia czegoś słyszałam “usiądź, odpocznij sobie, kawkę wypij”.

Fajnie było, ale się skończyło i zdaję sobie sprawę z tego, że każda ciąża wygląda inaczej, a już na pewno druga, kiedy w domu jest małe dziecko wymagające uwagi rodzica.

No więc już wiesz, że w ciąży byłam niezłym obiboczkiem, wylegiwałam się bezczelnie na sofie w salonie. Z jednej strony leżał Stefan, zaś z drugiej – Blancik, moim głównym zajęciem było głaskanie sierściuchów, aż dziwne, że im sierści od tego nie wypadła. To był wspaniały czas, za to teraz mam osobistego trenera, który dba o moją kondycję i nie pozwala mi się za długo nudzić <3

Ciekawa jestem jakie Wy macie tęsknoty, kiedy do głosu dochodzi leniuszek? ;)

Zapraszam Cię do polubienia mojego profilu na Bloglovin oraz na Facebooku
Możesz mnie również obserwować na Instagramie

Udostępnij: