ciąża. ostatnia prosta

No i stało się, przede mną ostatnia prosta. Czas zapiernicza jak szalony, chwile temu był wrzesień, dowiedziałam się o nowym członku naszej drużyny, a teraz mamy maj. Do rozwiązania zostało już tak niewiele, kiedy ten czas zleciał? Czy jestem dobrze przygotowana? Czy dam radę? Te pytania już dawno przestały zaprzątać moją głowę, którą przez te wszystkie miesiące starałam się zresetować, wyrzucić wszystko co niepotrzebne, co mnie stresowało. Teraz jedyne co czuję to ogromną ciekawość i ekscytację. Wsłuchuję się w siebie, w swój organizm, może coś mi podpowie, że ten moment nadchodzi. Dzidzior coraz bardziej daje mi do zrozumienia, ze w brzuchu jest mu dobrze, lubi sobie wystawić różne części ciała i już znudziły mu się zabawy w chowanego, albo po prostu nie ma już gdzie się schować :D

Ostatnie tygodnie…

Nie były dla mnie życzliwe, najpierw zgaga, która zrobiła mi wielkie kuku. Kiedy już pogodziłam się, że do końca ciąży nie mam co liczyć, że mi odpuści, przywaliła mi z półobrotu, że ledwo się podniosłam. Straciłam apetyt, bolał mnie żołądek, nie mogłam prawie nic jeść, a już na pewno nic gorącego, ba nawet ciepłego. Każdy obiad jadłam zimny… Owsianeczka, napary z siemienia lnianego i tak powolutku udało mi się podleczyć mą błonę śluzową.

Ale to nie wszystko w 36 tygodniu zafundowałam sobie gorączkę i antybiotyk. Tydzień wyciągnięty z życia, zdecydowanie nie polecam, w szczegóły nie będę wchodzić, bo są mało przyjemne.

Ach nie mogę nie wspomnieć o tym najbardziej z dupy skutku ubocznym wiosny – ALERGIA! Moje zatoki cierpią i wcale nie przyspieszyło to wyleczenia infekcji, która mnie dopadła. Już jest lepiej, ale jeszcze wcale nie dobrze. Dobrze będzie po porodzie, kiedy będę mogła podleczyć zatoki :)

Ale dosyć o tym co było be…
…teraz o tym co jest mniej be ;)

Ciocie dobre rady nadal obecne są w moim życiu, nadal obdarzają mnie dobrym słowem i bynajmniej nie są to doświadczenie z własnego podwórka. O nie, nie! Przecież u każdego jest tak samo, więc dlaczego u mnie miałoby być inaczej? Mąż weźmie nogi za pas i będzie uciekał przed odpowiedzialnością, wychowywaniem i przebywaniem w domu w ogóle… W tej chwili mogę tylko współczuć takich partnerów, aaaa… zapomniałam, przecież wszyscy są tacy sami i muszę się z tym pogodzić ;)
Te wspaniałe rady nigdy się nie skończą, za chwilę zacznie się pouczanie w kwestii wychowywania, ubierania, odżywiania itede itepe. Nie mogę się już doczekać ;) Musze przyznać, że szybko nauczyłam się odróżniać życzliwość od “życzliwości”, tych drugich omijam szerokim łukiem, a ich porady olewam. Dziewięć miesięcy to idealny czas, aby znieczulić się na – tak wiele wnoszące do naszego życia – wsparcie.

Przeczucia nigdy mnie nie mylą… czyżby?

Przyszedł taki moment, kiedy poczułam – OHO! zbliża się. J. wrócił z pracy to mu mówię “czuję, że rozwiązanie jest blisko, normalnie zaraz się zacznie” :) Następnego dnia poszłam na moje pierwsze KTG, podjara jak sto pięćdziesiąt i… zero skurczy. Na kolejne badanie zostałam zaproszona do szpitala, kiedy moja Ginekolog miała dyżur, cały tydzień chodziłam niespokojna i obwieszczałam wszystkim dookoła “jak do szpitala mnie zaproszono, to już musi być jakiś znak i nie chodzi o dyżur, który wtedy wypada” :) Kolejne KTG i chyba nie muszę mówić ile skurczy ;)
Przeczytałam pół internetu w poszukiwaniach wskazówek, że to już blisko, prawie wszystkie objawy mam, te mniej oczywiste, z tymi bardziej już gorzej. Ja po prostu na wszystko lubię być przygotowana i nie dociera do mnie, że w tym przypadku to tak raczej nie działa. Zmęczyłam nawet moją Ginekolog w tym temacie, ale jak to sama przyznała “ten kto znajdzie na to pytanie odpowiedź z pewnością dostanie Nobla”. Za dwa dni mam termin i dopiero teraz czuję, że zaczynają się skurcze przepowiadające, ale wiecie, za dwa dni mam termin i kontrolną wizytę z KTG, może tym razem moja intuicja nie zawiedzie :)

Ja w swojej ciąży wyglądam całkiem zgrabnie

Tak do niedawna o sobie myślałam, w sumie nóżki szczupłe, dupka mała, ramionka normalne. A i brzuch nie za duży, biedny chłopiec, przecież on nie ma tam w ogóle miejsca, gdzie on się tam mieści. Kojarzycie ten moment, kiedy zaliczycie nadprogramowe kilogramy, których nie widać do tego jednego, jedynego momentu. Stajesz przed lustrem i wtf?! Jakieś monstrum na Ciebie zerka, tak było z moim brzuchem. Przechodzę obok lustra i wołam do męża “Jarek, ja tu sobie gadam – i co gorsze! – wierzę w to, że mam zgrabny brzuszek, ale to co ja teraz widzę w lustrze wcale takie nie jest!”. Śmialiśmy się z tego pół dnia, zastanawiając się, co sobie o mnie ludzie pomyśleli, którym takie kity wciskałam. Beka ;)
Ale w 39 tygodniu dałam radę pomalować paznokcie u stóp? Dałam! Prosiłam o to J., ale kiedy usłyszałam “spoko, tylko będziesz miała najbrzydsze stopy na porodówce”, kogo zachęciłoby to hasło reklamowe, he? ;)

Powtarzające się pytania

Na koniec pojawiają się tylko dwa pytania zadawane na zmianę “boisz się?” oraz “stresujesz się?”. Był już na to czas i dlatego uważam, ze przez 9 miesięcy oswajasz się z nową sytuacją, przyszłą rzeczywistością. Przy dolegliwościach, które są w okolicach terminu porodu nie masz siły myśleć o jakimś strachu, wtedy myślisz o uldze, która za chwilę nastąpi. I wszystkie te inne przyjemne rzeczy, przytulanie z Dzidziorem, obsrane pieluchy, nieprzespane noce, brak czasu na życie, to musi być coś wspaniałego – tak bardzo reklamowanego przez wszystkie dobre duszyczki. Tak pięknie o tym opowiadały, że nie może być inaczej ;)

Dwa dni przed terminem

Leżysz i zastanawiasz się, czy może lepiej będzie pochodzić, bo wtedy jakby mniejszy ból odczuwasz. Wstajesz i twierdzisz, ze nieee jednak jak leżałaś było lepiej. No ale jak już stoję to pochodzę. Zrobienie obiadu rośnie do rangi niezłego wyczynu, te metry, które trzeba pokonać od lodówki do blatu i to nie raz! Ok., bolą krzyże pora na gimnastykę, opierasz się łokciami o blat i robisz coś, co powinno przypominać koci grzbiet – jest ulga :D
Zmuszasz się do spaceru, bo trzeba chodzić, nie jest on przyjemny, całą drogę marudzisz, że Ci ciężko, co kilka kroków gimnastyka, żeby plecy odciążyć. Dzidzior wierci się, a Ty po raz setny tego dnia zastanawiasz się “ciekawe ile przybrał przez ostatnie dwa tygodnie, gdyż liczyłam, że 3600 to będzie max na wyjście”.  Ale nie załamujesz się, bo pranie trzeba zrobić, uśmiech przyklejasz do twarzy, bo przecież nowy etap za chwilę się zacznie, nowa rzeczywistość, która będzie wspaniała.

OHO! Mąż wraca z pracy, pewne jest jedno… SPACER! Trzymajcie kciuki :)

Zapraszam Cię do polubienia mojego profilu na Bloglovin oraz na Facebooku
Możesz mnie również obserwować na Instagramie

Udostępnij: